„Tak, giną przy tym dzieci, kobiety. Jak wojsko idzie przeciwko partyzantce miejskiej nie ma innej rady. Ale to nie to samo, co celowe mordowanie cywilów.”

Paula Sawicka: Polecam tekst Anne Goldschmitd, której obawy podzielam, bo umie czytać Edelmana ze zrozumieniem.

Marek Edelman

Źródło: Paula Sawicka

Paula Sawicka

Polecam tekst Anne Goldschmitd, której obawy podzielam, bo umie czytać Edelmana ze zrozumieniem.

Chociaż „Edelman, nie żyje od 2009 roku i nie mógł zobaczyć świata po 7 października”, muszę dodać, że jego oceny pozostają aktualne, nawet z dzisiejszej perspektywy. Marek Edelman nie żyje lecz przed próbami niegodnego wykorzystywania jego osoby i manipulowania jego „ideowym dziedzictwem” obronią go słowa, które pozostawił:

Z bundowską wrażliwością obserwował palestyńską politykę i rozumiał zło z niej płynące. Dobitnie to oceniał: „Myśmy w getcie walczyli o nagie życie i nie zabijaliśmy własnych cywilów. Palestyńczycy nie walczą o nagie życie, tylko o terytorium, o tożsamość narodową. I zabijają nie żołnierzy lecz cywilów. To jest kolosalna różnica. Myśmy swoich żołnierzy nigdy na śmierć nie posyłali.”

I gdzie indziej: „To była walka (w getcie) żołnierza z żołnierzem. Nie czuję żadnej sympatii do tych arabskich dziewczyn, które wysadzają się w powietrze, bo chcą zabić swoje żydowskie rówieśniczki. Dla mnie to obrzydliwe. Normalny bandytyzm. Nigdy bym nie wydał takiego rozkazu, ani sam tego nie zrobił.”

I jeszcze: „Oni od dwudziestu lat nic innego nie robią, tylko zabijają i chcą zabijać. Od dzieciństwa są wychowywani w obozach wojskowych. Również te dzieci, które idą z bombą na brzuchu, są od lat szkolone w obozach. I to trzeba przerwać. A przerwać to mogą tylko ci, którzy dają rozkazy strzelania, a tego nie przerwie żaden Arafat.” A o sąsiednich państwach:

„Państwa arabskie wolą, … by Palestyńczycy żyli w obozach w Izraelu. I dają im pieniądze. W efekcie ci żyją tam nie pracując, nie ucząc się… Uczą się tylko strzelać. Mówiłem kiedyś swoim przyjaciołom z Izraela: uważajcie, dziś Arabowie nie umieją strzelać, a wy w sześć dni potraficie zająć tysiące kilometrów… Ale kiedyś i oni nauczą się strzelać, to nie jest wielka filozofia.”

Przedwojenny spór Bundu z syjonizmem nie był sporem, ani o prawa człowieka, ani o sprawiedliwość społeczną. Cukierman i Edelman byli przyjaciółmi, bo pod tym względem wcale się nie różnili. To był spór o miejsce życia dla Żydów. „W czasie wojny to nie miało znaczenia, ważniejsza była przyjaźń, więc i dziś nie powinno mieć znaczenia.” Różniło ich to, że dla Cukiermana tym miejscem było żydowskie państwo, dla Edelmana, kraj urodzenia, ale jak twierdził „Każdy ma prawo żyć tam, gdzie chce”.

Innymi słowy, Edelman żądał dla siebie prawa do życia w Polsce, w kraju Żydów polskich, uznając zarazem prawo Cukiermana do życia w Izraelu, w państwie Izraelczyków, Żydów izraelskich. Nie ma tu miejsca na negowanie istnienia Izraela, tak jak żadnego innego kraju i Edelman nigdy tego nie robił. To nie podlega dyskusji. Krytyka polityki państwa nie może być jednocześnie odmową prawa do życia w nim jego obywateli. To oczywiste. Dziwne, że dla niektórych przestaje być oczywiste, gdy chodzi o Izrael. Cała ta antysyjonistyczna retoryka okazuje się marną przykrywką dla antysemityzmu.

Marek Edelman nie czuł przynależności do Izraela, kraju, w którym zachowano jedynie religię, a oderwano się od europejskich korzeni, języka i kultury. Mówił, że Izraelczycy zanurzeni w odmiennym tyglu kulturowym, ożywiwszy martwy język biblijny, stworzą nową kulturę, może wspaniałą, ale jemu obcą. Dziś widzimy, że tak się stało. Nie oznaczało to jednak, że był temu krajowi wrogi, choć krytykował jego politykę.

„Tym wszystkim ludziom, którzy tam żyją i są teraz w zagrożeniu, życzę wszystkiego dobrego” – mówił Kopenhadze w 1992 roku. Edelman był przeciw przemocy, za obroną słabszych lecz nie miał wątpliwości, że przemoc można pokonać jedynie siłą. Państwo ma obowiązek bronić swoich obywateli.

„Tak, giną przy tym dzieci, kobiety. Jak wojsko idzie przeciwko partyzantce miejskiej nie ma innej rady. Ale to nie to samo, co celowe mordowanie cywilów.”

----------------------------------

Nie mówcie Edelmanem za Edelmana

Anne Goldschmid

10 maja 2026 roku, w Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi, przy ul. Wojska Polskiego 83, w sali 100, ma się odbyć spotkanie zatytułowane "Marek Edelman a kwestia palestyńska". Wydarzenie jest częścią Festiwalu Łódź Wielu Kultur i cyklu „Centrum Dobrej Rozmowy: głosy żydowskie. Spotkania inspirowane myślą Marka Edelmana i Aliny Margolis-Edelman”. Wstęp jest bezpłatny, ale liczba miejsc jest ograniczona i obowiązują wcześniejsze zapisy mailowe. Organizatorzy proszą, aby w tytule maila podać nazwę wydarzenia. Spotkanie ma potrwać od godziny 17:00 do 20:00, a po części dyskusyjnej uczestniczki mają jeszcze przez około godzinę rozmawiać z publicznością w bardziej kameralnej formule.

Już sama forma zapisu budzi pytanie. Można oczywiście zrozumieć ograniczenia sali, porządek organizacyjny, konieczność kontroli liczby miejsc. Nie twierdzę, że ktokolwiek będzie selekcjonował publiczność według poglądów - nie mam na to dowodów i nie zamierzam ich udowadniać. Ale przy wydarzeniu tak silnie osadzonym w sporze o Izrael, Palestynę, syjonizm, Bund i dziedzictwo Marka Edelmana warto zapytać, czy rozmowa rzeczywiście będzie otwarta także dla osób, które nie podzielają antysyjonistycznej wrażliwości tego spotkania. Bo "dobra rozmowa" zaczyna się nie od eleganckiego tytułu cyklu, ale od realnej gotowości dopuszczenia ludzi, którzy myślą inaczej.

W rozmowie mają uczestniczyć Anna Dzierzgowska, Hanka Grupińska i Martyna Rusiniak-Karwat. Prowadzenie powierzono Monice Bobako, przedstawionej jako filozofkę i badaczkę problematyki postkolonialnej i feministycznej. Na stronie wydarzenia Bobako figuruje również jako kuratorka całego cyklu, co ważne, bo nie mówimy wyłącznie o osobie moderującej jedno spotkanie, lecz o kimś, kto współtworzy jego ramę.

Najwięcej odsłania jednak nie sama lista uczestniczek, lecz język zapowiedzi, gdzie czytamy czytamy, że Marek Edelman cyt.: "nie był bohaterem z pomnika", że bliżej mu było do zwykłych ludzi, że jego sposób myślenia ukształtowały idee Bundu: socjalistyczne, świeckie, głoszące, iż godność człowieka nie potrzebuje wielkich haseł, tylko codziennej solidarności. Dalej pojawia się zdanie, że Bund uczył, iż cyt: "nie trzeba uciekać gdzie indziej, żeby walczyć o lepszy świat - trzeba robić to tu i tera". I wreszcie zdanie kluczowe: Edelman cyt: "nigdy nie marzył o osobnym państwie dla Żydów". Jego kompasem życiowym miało pozostać przekonanie, że najważniejsze jest to, czy potrafimy stanąć po stronie słabszych.

Jaki piękny opis, napisany miękko, humanistycznie, gładko. Tak gładko, że aż słychać, dokąd prowadzi. Najpierw Bund, potem brak marzenia o państwie żydowskim, dalej strona słabszych, później Izrael i Palestyńczycy. I oczywiście clou programu: prawa człowieka, sprzeciw wobec ucisku i globalna sprawiedliwość. Czytelnik nie musi być nawet szczególnie podejrzliwy, żeby zobaczyć, że tu nie układa się żadnej otwartej rozmowy, tylko gotową ścieżkę interpretacyjną. W zapowiedzi padają pytania o to, jaką wizję żydowskiej tożsamości promował Bund, jak odnosił się do projektu syjonistycznego i jak wpłynął na stosunek Edelmana do Izraela oraz losu Palestyńczyków. Pada także zapowiedź rozmowy o słynnych listach, które Edelman napisał do palestyńskich przywódców, i o burzliwych reakcjach, jakie wzbudziły one na scenie międzynarodowej.

Najwięcej odsłania jednak fragment, w którym organizatorzy przyznają: "Nigdy się nie dowiemy, jaka dziś byłaby perspektywa Edelmana". To zdanie powinno właściwie zatrzymać całą operację. Powinno nakazać ostrożność, rozróżnienie i intelektualną uczciwość. Skoro nigdy się nie dowiemy, co Edelman myślałby dziś, po 7 października, po masakrze w kibucach, po porwaniach zakładników, po wojnie z Hamasem, po całym tym izraelskim doświadczeniu, którego nie dożył, to logika wskazuje, że nie wolno robić z niego współczesnego komentatora rzeczywistości. Nie można wkładać mu w usta dzisiejszych tez. I nie wolno prowadzić go za rękę na panel, na którym ma swoim milczeniem legitymizować cudzy światopogląd.

Tymczasem organizatorzy robią dokładnie to, przed czym sami przez moment ostrzegają. Piszą, że nie dowiemy się, jaka byłaby dziś jego perspektywa, ale zaraz potem dodają, że można pytać o jego ideowe dziedzictwo: o to, jak pomaga nam zrozumieć teraźniejszość, jak może wspierać walkę o prawa człowieka, sprzeciw wobec ucisku i dążenie do globalnej sprawiedliwości. Czyli: nie wiemy, co by dziś powiedział, ale i tak użyjemy jego nazwiska jako języka dla naszej rozmowy. To jest właśnie sedno problemu. Zmarły Żyd z getta ma użyczyć języka żywym ludziom, którzy chcą dziś mówić o Izraelu, Palestynie, ucisku i globalnej sprawiedliwości.

W części "Dla kogo?" organizatorzy piszą, że spotkanie adresowane jest do wszystkich osób zainteresowanych historią idei, doświadczeniem żydowskiej Europy Środkowo-Wschodniej oraz współczesnymi debatami o odpowiedzialności, solidarności i prawach człowieka. Dalej pojawia się zdanie, że lokalne biografie - takie jak biografia Marka Edelmana - otwierają perspektywę rozmowy o sprawach globalnych.

W części "Dlaczego warto?" czytamy, że postać Edelmana pozwala spojrzeć na historię XX wieku nie tylko jako na opowieść o przeszłości, lecz także jako na źródło języka potrzebnego do rozmowy o współczesnych konfliktach i odpowiedzialności za innych. I znowu: to brzmi pięknie, ale pod pięknem kryje się bardzo konkretna operacja. Edelman ma dostarczyć języka. Edelman ma otworzyć współczesność. Edelman ma pomóc mówić o dzisiejszych konfliktach. Przypominam – Edelman, który nie żyje od 2009 roku i nie mógł zobaczyć świata po 7 października.

Opis wydarzenia kończy się informacją, że spotkanie dotyczy tematów związanych z historią Zagłady oraz współczesnymi konfliktami politycznymi, które mogą być trudne emocjonalnie dla części odbiorców. To prawda. Tylko że dla Żydów syjonistycznych trudne emocjonalnie nie jest samo mówienie o Palestynie, ale oglądanie, jak w kraju po Zagładzie, w instytucji noszącej imię Marka Edelmana, z żydowskiej pamięci robi się narzędzie do współczesnego oskarżenia państwa żydowskiego. Trudne jest patrzenie, jak martwy Żyd zostaje ustawiony przeciwko Żydom żywym. I wreszcie trudne jest to, że wszystko odbywa się pod pięknymi słowami: dialog, wielogłosowość, odpowiedzialność, solidarność, prawa człowieka. Piękne słowa bywają najwygodniejszą zasłoną wtedy, kiedy ktoś już z góry wie, komu przyzna rację.

I ja właśnie tutaj widzę ten problem. Nie w samym fakcie, że ktoś chce rozmawiać o Edelmanie, Bundzie, Palestynie czy Izraelu. O tym wszystkim przecież wolno o warto rozmawiać. Problem zaczyna się wtedy, gdy opis wydarzenia jeszcze przed rozpoczęciem debaty prowadzi publiczność za rączke ku jednej najwygodniejszej figurze – oto Edelman jako Żyd przeciwko syjonizmowi. Edelman jako patron antypaństwowej, antysyjonistycznej wrażliwości. Edelman jako dowód, że "prawdziwa" żydowska etyka powinna dziś stać przeciwko Izraelowi.

To nie jest niewinne. To jest stara operacja w nowym języku: bierze się zmarłego Żyda, najlepiej Żyda z getta, najlepiej Żyda z Bundu, i używa się go jako alibi dla własnych współczesnych konstrukcji ideologicznych. Przyznają państwo, że jest coś wyjątkowo nieprzyzwoitego w używaniu zmarłego Żyda jako poręcznego patrona dla własnych politycznych fantazji. Żyda, który nie odpowie, którego można przyciąć, wygładzić, wyciszyć, odrzeć z gniewu, z doświadczenia, z ironii, z całej niewygodnej reszty, która psuje dobrze już ustawioną scenografię. Wystarczy zostawić kilka słów: Bund, słabsi, Palestyńczycy, prawa człowieka, niechęć do syjonizmu. Resztę można schować za kotarą.

Marek Edelman nie był syjonistą. Tego nie trzeba ukrywać ani pudrować. Był bundowcem, wierzył w żydowskie życie tam, gdzie Żydzi mieszkali, nie uważał emigracji do Izraela za żaden narodowy obowiązek. Ale z faktu, że Edelman nie był syjonistą, nie wynika, że wolno z niego robić pośmiertnego patrona dzisiejszego antysyjonizmu. Zwłaszcza tego eleganckiego, akademickiego, który mówi językiem kolonializmu, islamofobii, "globalnej sprawiedliwości" i "instrumentalizacji antysemityzmu". Bo Edelman nie był człowiekiem bezradności a człowiekiem oporu. Był lekarzem, więc wiedział, czym jest życie, ale był też powstańcem z getta, więc wiedział, że są sytuacje, w których odmowa walki nie jest wyższą etyką, tylko zgodą na to, żeby inni umierali za naszą czystą biografię. O pacyfistach mówił brutalnie, jako o ludziach "wziętych z księżyca". I wcale nie dlatego, że nie cenił życia. Właśnie dlatego, że wiedział, iż trzeba je czasem chronić siłą przed tymi, którzy nie rozumieją niczego poza siłą.

I tu chcę dojść do sprawy zasadniczej, którą organizatorzy podobnych rozmów powinni sobie napisać wielkimi literami nad stołem prezydialnym: Marek Edelman zmarł 2 października 2009 roku. Nie dożył 7 października 2023 roku. Nie widział masakry w kibucach, porwań zakładników, ataku na festiwal Nova. Nie widział wojny, która przyszła po największej masakrze Żydów od czasu Zagłady.

Wszystko, co mówił o Palestynie, Izraelu, syjonizmie czy okupacji, mówił z innego czasu. Sprzed tej katastrofy. Sprzed tego doświadczenia. I sprzed momentu, który dla Izraelczyków stał się nową raną i nowym dowodem, że państwo żydowskie nie jest abstrakcją, lecz warunkiem przeżycia. Można oczywiście przywoływać jego krytyczne wypowiedzi o Izraelu. Trzeba tylko uczciwie powiedzieć, że były to wypowiedzi człowieka żyjącego w Polsce, człowieka uformowanego przez Bund, europejską lewicę, własne doświadczenie Zagłady i oporu, ale nie przez codzienne życie w Izraelu. Nie przez siedzenie z dzieckiem w schronie, czy przez świadomość, że kilka kilometrów dalej działa organizacja, która nie prowadzi sporu o granice, lecz o samo istnienie państwa żydowskiego. Nie przez życie w państwie, które od dziesięcioleci musi podejmować decyzje w świecie, gdzie błędna decyzja nie kończy się nieudaną debatą, tylko pogrzebem.

Obraz Izraela, jaki docierał do Edelmana, był obrazem filtrowanym przez jego środowiska, przez jego formację, przez ludzi, z którymi rozmawiał, przez izraelską i europejską lewicę, przez prasę krytyczną wobec izraelskiego państwa, przez polskie doświadczenie i przez jego własny bundowski odruch nieufności wobec nacjonalizmu. Miał do tego prawo; nie o to chodzi, by odbierać mu jego spojrzenie, lecz o to, by nie udawać, że to spojrzenie może dziś automatycznie patronować opowieści o wojnie, której nie widział, o masakrze, której nie dożył, i o izraelskim lęku, którego nie doświadczał jako obywatel Izraela. To już nie jest Edelman. To są współcześni autorzy, którzy mówią jego nazwiskiem.

Największym nadużyciem nie jest więc samo przypominanie, że Edelman nie był syjonistą. To fakt. Nadużyciem jest udawanie, że jego nie-syjonizm może dziś służyć jako gotowy komentarz do wojny po 7 października. Nadużyciem jest wkładanie go do współczesnego sporu tak, jakby mógł zobaczyć to, czego nie widział, osądzić to, czego nie dożył, i poprzeć tych, którzy bardzo chcieliby, żeby jego nazwisko działało jak żydowska pieczęć na ich własnej antysyjonistycznej tezie.

Warto więc spojrzeć na skład tego wydarzenia, bo każda z uczestniczek wnosi do tej konstrukcji coś innego. Monika Bobako jako moderatorka i kuratorka wnosi cały aparat pojęciowy współczesnej akademickiej lewicy postkolonialnej: kolonializm, islamofobię, "nowy antysemityzm", postsyjonizm, Globalne Południe, podejrzenie wobec żydowskiej państwowości jako projektu zachodniego.

W jej tekstach i wypowiedziach Izrael pojawia się nie jako państwo Żydów po europejskiej katastrofie, nie jako jedyne miejsce, w którym Żydzi nie muszą błagać cudzych rządów o ochronę, lecz jako problem kolonialny, jako element zachodniej przemocy, jako przypadek do rozmontowania przez język teorii. To jest język elegancki, dobrze wykształcony, sprawny. Nie potrzebuje ulicznego wrzasku. Wystarczy, że przesunie znaczenia.

Antysemityzm? Owszem, istnieje, ale zaraz słyszymy, że pojęcie zostało rozciągnięte, zinstrumentalizowane, politycznie zużyte.

Syjonizm? Nie jako historyczna odpowiedź Żydów na realną bezbronność, lecz jako projekt uwikłany w kolonializm.

Izrael? Nie jako państwo żywych ludzi, którzy mają dzieci, domy, kibuce, miasta, babcie, szkoły, szpitale, synagogi i schrony, lecz jako struktura dominacji. To jest bardzo wygodna akademicka maszyna: człowiek znika, zostaje tylko kategoria. Hanka Grupińska wnosi coś innego: kapitał pamięci. I właśnie dlatego jej obecność jest tak gorzka. To nie jest osoba, która nie wie, czym była Zagłada, getto, ŻOB, Edelman. Przeciwnie, jej dorobek jest związany z dokumentowaniem żydowskiej pamięci, z powstańcami, z opowieściami żydowskimi, z izraelskimi tematami. Tego nie należy pomniejszać, bo wtedy nie rozumie się całego problemu.

Problem polega na czymś znacznie bardziej dotkliwym: można przez lata pisać o Żydach, można znać ich historię, można poruszać się wśród nazwisk, świadectw, biografii i wspomnień, a jednocześnie wybrać taki obraz żydowskości, w którym Żyd jest najbezpieczniejszy jako ofiara, świadek, człowiek pamięci, Bundowiec, ktoś z getta, ktoś z listy, ktoś z archiwum. Kiedy jednak Żyd mówi: jestem syjonistą, uznaję prawo Izraela do istnienia, uznaję prawo państwa żydowskiego do obrony, nie chcę być wieczną dekoracją europejskiego sumienia - wtedy zaczyna się chłód. Wtedy kończy się czułość dla żydowskiej biografii, a zaczyna się etykieta.

Ten problem nie kończy się na książkach, wywiadach i panelach. Widać go także w codziennej praktyce mediów społecznościowych. Z publicznie widocznych udostępnień Grupińskiej, które widziałam i zachowałam na screenach, wyłania się bardzo konsekwentna linia: Izrael jako państwo przemocy, Izrael jako "apartheid", Izrael jako sprawca "ludobójstwa", Izrael jako uczestnik "czystki etnicznej", Izrael jako projekt, który "poszedł nie tak". Pojawiają się materiały z kręgów BDS, z kont opisujących Izrael językiem delegitymizacji, z przekazów, w których izraelska samoobrona znika, a zostaje wyłącznie obraz izraelskiej winy.

Jest promocja książki Omera Bartova "Izrael. Co poszło nie tak?", są materiały o dr. Hussamie Abu Safiyi przedstawione w języku oskarżającym izraelskie siły, są treści z kręgów Boycott, Divestment and Sanctions, są przekazy o "ludobójstwie", "czystce etnicznej i "izraelskim apartheidzie". Są udostępnienia z kont takich jak Zeteo, Israeli Apartheid czy Yeni Şafak. Każdy pojedynczy materiał można oczywiście tłumaczyć zainteresowaniem cierpieniem Palestyńczyków. Są wypowiedzi i szydzenie z ludzi takich jak ja, którzy syjonizmu się nie wstydzą. To wszystko ułożone razem to nie jest przypadek, tylko profil.

Nie chodzi więc tylko o to, co Grupińska napisała kiedyś w książkach ani o to, że zna Edelmana, ŻOB i historię żydowską. Chodzi o to, jaką narrację dziś wzmacnia publicznie. A ta narracja jest zadziwiająco jednokierunkowa. Palestyńskie cierpienie jest stale widoczne. Izraelskie cierpienie znika albo zostaje uznane za mniej istotne. Hamas niemal rozpływa się w tle. Izrael zostaje na pierwszym planie jako jedyny sprawca. Tak właśnie działa współczesny elegancki antysyjonizm: nie musi mówić wszystkiego wprost. Wystarczy, że codziennie wybiera, co pokaże, co przemilczy, komu da głos i jakie słowa będzie legitymizował własnym nazwiskiem o kogo obśmieje.

To ma znaczenie w kontekście łódzkiego spotkania. Bo jeśli osoba, która przez lata budowała swój autorytet na pamięci żydowskiej, jednocześnie konsekwentnie udostępnia treści wpisujące Izrael w język apartheidu, ludobójstwa, czystki etnicznej i BDS, to trudno udawać, że jej udział w wydarzeniu o "Marku Edelmanie i kwestii palestyńskiej" jest wyłącznie historyczny. To nie jest tylko rozmowa o Bundzie. To jest współczesna, polityczna rama, w której żydowska pamięć zostaje przesunięta przeciwko żydowskiemu państwu.

I znów: nie trzeba tu używać wielkich oskarżeń. Wystarczy pokazać praktykę. Udostępnienie po udostępnieniu. Lajk po lajku. Źródło po źródle. Z tego powstaje obraz nie neutralnej badaczki pamięci, lecz uczestniczki środowiska, które z żydowskiej historii wybiera przede wszystkim te elementy, które można obrócić przeciwko syjonizmowi.

To jest szczególnie bolesne, gdy dotyczy osoby tak mocno związanej z opowieścią o Edelmanie. Bo wtedy Edelman nie jest już tylko przedmiotem pamięci. Staje się narzędziem w bieżącej wojnie symbolicznej przeciwko Izraelowi. Dla mnie, jako syjonistki, takie udostępnienia nie są drobiazgiem. One mówią: tu nie ma dla was miejsca. Dla Żydów, którzy uważają, że Izrael ma prawo istnieć i się bronić, przewidziano co najwyżej podejrzenie, szyderstwo albo milczenie.

W tych udostępnieniach nie ma ciekawości wobec izraelskiego lęku. Nie ma próby zrozumienia, czym był 7 października. Nie ma pytania, co ma zrobić państwo żydowskie wobec organizacji, które nie ukrywają, że chcą je zniszczyć. Jest za to gotowy słownik: apartheid, ludobójstwo, czystka etniczna, BDS. Czyli dokładnie ten słownik, który później elegancko wchodzi na panel o Edelmanie i udaje, że jest tylko „dobrą rozmową”.

To jest paradoks, który warto nazwać bez lęku. Część polskiej humanistycznej lewicy bardzo lubi Żydów martwych, Żydów z muzeum, Żydów z powstania, Żydów z Bundu, Żydów jako wyrzut sumienia. Z żywymi Żydami syjonistycznymi ma znacznie większy problem. Bo żywy Żyd syjonistyczny psuje przedstawienie. Chidzo dumnie z flagą i nie chce być tylko świadkiem cierpienia. Nie chce być wyłącznie poetą bez państwa, lekarzem bez granic, powstańcem bez armii, ocalałym bez prawa do konsekwencji politycznych. Mówi rzecz prostą: po 1945 roku Żydzi mają prawo nie powierzać swojego życia kolejnym europejskim deklaracjom, kolejnym konferencjom, kolejnym wzruszeniom i kolejnym pięknym gestom. Mają prawo mieć państwo, granice, armię i zdolność odpowiedzi. I nagle okazuje się, że ta prosta myśl jest dla wielu ludzi nie do zniesienia.

Anna Dzierzgowska wnosi do tej konstrukcji komponent lewicowo-aktywistyczny i translatorski. Jej przekład książki Rashida Khalidiego o Palestynie jako historii kolonializmu i oporu nie jest drobnym szczegółem bibliograficznym. To jest część ramy, w której konflikt izraelsko-palestyński zostaje opowiedziany przez prostą oś: kolonizator i kolonizowany, przemoc i opór, państwo i ofiara.

Taki język działa mocno, bo daje złudzenie porządku. Wszystko od razu wiadomo, nie trzeba już pytać o historię żydowskiej obecności, o arabskie odrzucenie podziału, o wojny, o terror, o Hamas, o Hezbollah, o Iran, o zamachy na cywilów, o dzieci zabijane w szkołach, autobusach i domach, o tunele prowadzone pod cywilną infrastrukturą, o zakładników, o to, co znaczy życie państwa otoczonego wrogami, którzy nie krytykują jego polityki, lecz kwestionują samo jego istnienie. Rama kolonialna jest bardzo wygodna, bo upraszcza świat do plakatu. A plakat, jak wiadomo, nie musi myśleć. Ma wisieć.

Martyna Rusiniak-Karwat wnosi do tego spotkania Bund. I tutaj trzeba być precyzyjnym. W jej przypadku nie ma sensu udawać, że mamy przed sobą publicystyczną aktywistkę tego samego typu co Bobako czy Grupińska. Z dostępnych informacji wynika przede wszystkim kompetencja historyczna: Bund, żydowska lewica, powojenna historia Żydów, Edelman jako strażnik pamięci i działacz bundowski.

Sam Bund nie jest problemem. Problemem jest to, do czego Bund zostaje dzisiaj użyty. Bo jeśli historia Bundu ma służyć poznaniu złożoności żydowskiego życia politycznego, to dobrze. Jeśli jednak Bund staje się młotkiem na syjonizm, jeśli ma udowodnić, że "prawdziwsza" żydowskość była bezpaństwowa, diasporowa, antynacjonalistyczna i dlatego dzisiejszy Izrael jest jakimś odstępstwem od właściwej żydowskiej tradycji, to nie jest już historia a współczesna operacja na pamięci.

I właśnie w tym miejscu pojawia się zasadniczy problem całego wydarzenia. Każda z tych osób wnosi inny element, ale razem tworzą bardzo spójną konstrukcję. Bobako daje język postkolonialny. Grupińska daje autorytet żydowskiej pamięci i Edelmana, a jej współczesna praktyka facebookowa wzmacnia niemal wyłącznie przekazy wymierzone w Izrael. Dzierzgowska daje Palestynę jako opowieść o kolonializmie i oporze.

Rusiniak-Karwat daje Bund. Z tego nie powstaje pluralistyczna rozmowa lecz gotowa rama: Edelman przeciw syjonizmowi, Bund przeciw Izraelowi, Gaza jako współczesny test żydowskiej pamięci, antysemityzm jako pojęcie podejrzane, bo rzekomo zbyt łatwo używane do uciszania krytyki Izraela. Wszystko jest na miejscu. Scena ustawiona, kokardko wiszą, brakuje tylko zmarłego Edelmana, który zostanie posadzony w roli świadka oskarżenia.

Piszę to z Francji. To ważne, bo nie uczestniczę na co dzień w polskich spotkaniach, panelach i środowiskowych rytuałach, w których jedni Żydzi są ustawiani jako bardziej dopuszczalni, a inni jako podejrzani, bo są syjonistami. Nie obserwuję tego od środka polskiej instytucjonalnej bańki, tylko z pewnego dystansu. I właśnie ten dystans pozwala mi zobaczyć coś bardzo przygnębiającego.

We Francji, gdzie przecież spory wokół Izraela są ostre, gdzie antysemityzm jest realny, gdzie wspólnota żydowska żyje pod ogromnym napięciem, istnieje jednak pewien elementarny odruch wspólnotowy. Są środowiska jednoznacznie syjonistyczne, są ludzie bardzo krytyczni wobec obecnego izraelskiego rządu, są liberałowie, konserwatyści, religijni, świeccy, sefardyjczycy, aszkenazyjczycy, ludzie z rodzin północnoafrykańskich, ludzie z Europy Wschodniej, Żydzi bardzo przywiązani do Izraela i Żydzi politycznie zdystansowani. Kłócą się, oczywiście. Czasem ostro. Ale nie widzę tam tej samej potrzeby organizowania przedsięwzięć, których ukrytym sensem jest wykazanie, że syjonistyczny Żyd jest Żydem gorszym.

We Francji można krytykować Netanjahu. Można nie znosić izraelskiej prawicy. Można mieć bardzo różne zdania o granicach, osadnictwie, rozwiązaniu dwupaństwowym, wojnie, odpowiedzialności politycznej. Ale czym innym jest spór o rząd, strategię, decyzje wojenne czy przyszłość konfliktu, a czym innym podważanie samej legitymacji żydowskiej suwerenności. We francuskich wspólnotach żydowskich, przynajmniej w tych przestrzeniach, które znam, uczestniczę i obserwuję, różnice nie prowadzą automatycznie do rytualnego wyrzucania syjonistów poza granice przyzwoitości. Nie buduje się co chwilę scen, na których jeden typ Żyda ma służyć do unieważnienia drugiego typu Żyda. Nie robi się z nieżyjących autorytetów pałek przeciwko żywym ludziom.

I właśnie dlatego polski kontekst jest tak smutny. Polska była przez wieki jednym z najważniejszych miejsc żydowskiego życia na świecie. To tutaj istniały wielkie wspólnoty, języki, partie, szkoły, spory religijne i świeckie, konflikty syjonistów z bundowcami, socjalistów z religijnymi, asymilatorów z tradycjonalistami.

Polska była przestrzenią wielkiej żydowskiej różnorodności, zanim stała się przestrzenią wielkiej żydowskiej nieobecności. I może właśnie dlatego dzisiejsze polskie dyskusje o Żydach bywają tak dziwne: toczą się często w kraju, w którym realna żydowska obecność została niemal całkowicie zniszczona, ale symboliczna obecność Żydów jest wciąż ogromna. W tej pustce łatwo urządzać spektakle. Łatwo brać Żyda z historii i ustawiać go przeciwko Żydowi żywemu. Łatwo mówić Edelmanem, bo Edelman nie odpowie. Łatwo kochać Bund, gdy nie trzeba już brać odpowiedzialności za realne bezpieczeństwo Żydów.

Może stąd bierze się ten szczególny polski jad wokół syjonizmu. Z mieszaniny pamięci, winy, nieobecności, fantazji i potrzeby posiadania "dobrego Żyda" na własny użytek. Dobry Żyd ma być wrażliwy, bezbronny, lewicowy, najlepiej martwy albo przynajmniej symbolicznie rozbrojony. Dobry Żyd ma przypominać Europie o cierpieniu, ale nie ma przypominać Europie o konsekwencjach tego cierpienia. Ma być świadkiem Zagłady, ale nie argumentem za Izraelem. Ma być człowiekiem z getta, ale nie obywatelem państwa żydowskiego. Ma być pamięcią, ale nie suwerennością. I kiedy pojawia się Żyd syjonistyczny - żywy, mówiący, uparty, niewygodny - cały ten piękny układ zaczyna się psuć.

We Francji, przy całej brutalności debaty publicznej i przy całym ciężarze antysemityzmu, wspólnota żydowska lepiej rozumie jedną rzecz: spór wewnętrzny nie może oznaczać podarowania przeciwnikom Żydów gotowego narzędzia do delegitymizacji Izraela. Można krytykować rząd Izraela, ale nie trzeba przy tym niszczyć więzi z ludźmi, dla których Izrael jest warunkiem bezpieczeństwa Żydów. Można być liberalnym, lewicowym, religijnym, świeckim, diasporowym, francuskim, izraelskim, krytycznym, zaangażowanym - i nadal rozumieć, że po 7 października słowo "syjonizm" nie jest obelgą, lecz dla wielu Żydów nazwą odmowy powrotu do bezbronności.

W Polsce natomiast zbyt często widzę coś odwrotnego: jakby część środowisk chciała koniecznie udowodnić, że najlepszy Żyd to Żyd antysyjonistyczny. Żyd, którego można cytować przeciwko Izraelowi. Żyd, który daje komfort ludziom bardzo zmęczonym faktem, że po Zagładzie powstało państwo żydowskie i że to państwo nie jest muzeum, tylko realnym krajem, z armią, granicami, błędami, tragediami i obowiązkiem obrony swoich obywateli. I dlatego właśnie takie wydarzenia bolą szczególnie. Nie dlatego, że rozmawiają o Palestyńczykach. Nie dlatego, że przypominają Bund i że Edelman nie był syjonistą. Boli to, że w kraju po Zagładzie, w kraju po wielkiej żydowskiej nieobecności, wciąż tak łatwo przychodzi organizowanie rozmów, w których żydowska pamięć zostaje ustawiona przeciwko żydowskiemu państwu. Jako syjonistka patrzę na takie przedsięwzięcia z obrzydzeniem, ale nie ze zdziwieniem. Bo ten mechanizm znam zbyt dobrze. Najpierw mówi się, że przecież nie chodzi o Żydów, tylko o syjonizm. Potem okazuje się, że Żyd syjonistyczny nie ma już prawa do swojej żydowskiej wrażliwości, do swojej pamięci, do swojego lęku, do swojej interpretacji historii. Jest podejrzany. Jest propagandą. Jest ambasadą. Jest hasbarą. Agentem Mossadu. Jest "nie tym" Żydem. W tym świecie Żyd antysyjonistyczny może być cytowany, zapraszany, noszony na rękach, ustawiany przy mikrofonie jako dowód, że wszystko jest w porządku.

Żyd syjonistyczny ma milczeć albo tłumaczyć się z samego faktu, że uważa Izrael za konieczność historyczną, a nie za błąd. A jak na to patrzą ludzie mieszkający w Izraelu? Myślę, że wielu patrzy z mieszaniną zmęczenia i gorzkiej jasności. Oni nie żyją w metaforze, w panelu dyskusyjnym ani w abstrakcji postkolonialnej. Żyją w państwie, które musi podejmować decyzje w świecie, gdzie błędna decyzja kosztuje życie konkretnych ludzi. Dla mieszkańca Izraela pytanie o syjonizm nie jest ćwiczeniem seminaryjnym.

To nie jest zabawa w słowa: kolonializm, opór, pamięć, ucisk, globalna sprawiedliwość. To jest pytanie o to, czy jego dzieci będą miały szkołę, czy babcia zdąży zejść do schronu, czy zakładnicy wrócą żywi, czy kibuc zostanie odbudowany, czy północ kraju będzie mogła normalnie oddychać pod presją Hezbollahu, czy świat po raz kolejny powie Żydom, że rozumie ich cierpienie, ale bardzo prosi, żeby nie przesadzali z obroną. To jest właśnie największa hipokryzja tych wydarzeń. Żydzi mają być pamięcią, ale nie siłą. Etyką, ale nie państwem. Cierpieniem, ale nie strategią. Mają mieć prawo do żonkila, ale już nie do F-16. Mają mieć prawo do grobu, ale nie do granicy. I do powstania w getcie jako wzruszającego symbolu, ale kiedy po dekadach mówią, że nie chcą już umierać z godnością, tylko żyć z możliwością obrony, wtedy zaczyna się wielki niepokój salonu. Nagle wszyscy wiedzą lepiej, jak Żyd powinien być Żydem.

Dlatego nie wolno oddać Edelmana tym, którzy chcą z niego zrobić wygodnego patrona własnych antysyjonistycznych konstrukcji. Nie dlatego, że był syjonistą. Nie był. Właśnie dlatego, że był kimś więcej niż etykietą. Był bundowcem, lekarzem, powstańcem, człowiekiem pamięci, człowiekiem oporu, przeciwnikiem głupiego pacyfizmu, człowiekiem trudnym i niewygodnym dla wszystkich. Nie da się go uczciwie użyć jako argumentu za bezradnością wobec przemocy, sprowadzić do eleganckiego cytatu przeciwko Izraelowi. I nie da się z jego nie-syjonizmu zrobić broni przeciwko Żydom, którzy po doświadczeniu XX wieku uznali, że bez państwa żydowskiego historia może się powtórzyć, tylko tym razem świat będzie miał lepsze kamery, szybszy internet i jeszcze więcej paneli o prawach człowieka.

Wiec raz jeszcze : można rozmawiać o Marku Edelmanie, o Bundzie, o Palestyńczykach, Izraelu, wojnie, cierpieniu cywilów, błędach polityków i tragedii tego konfliktu. Ale nie wolno robić jednej rzeczy: nie wolno brać zmarłego Żyda z getta i używać go jako alibi przeciwko żywym Żydom, którzy uznają prawo Izraela do istnienia i obrony. To nie jest dialog tylko zawłaszczenie. A jeśli ktoś naprawdę chce rozmawiać o Edelmanie, niech zaprosi do tej rozmowy także jego gniew, jego niechęć do naiwnego pacyfizmu, jego wiedzę o przemocy, jego przekonanie, że czasem opór jest obowiązkiem. Niech nie bierze tylko tego Edelmana, który pasuje do plakatu. Niech weźmie całego. Bo cały Edelman jest dla dzisiejszego antysyjonistycznego salonu znacznie bardziej niewygodny niż jego starannie przycięty cień. Polska była kiedyś miejscem wielkiego żydowskiego życia. Dziś zbyt często staje się miejscem, w którym o Żydach mówi się tak, jakby żywy Żyd syjonistyczny był niestosownym zakłóceniem pamięci o Żydach martwych. To jest straszliwie smutne. I właśnie dlatego trzeba powiedzieć jasno: Marek Edelman nie jest narzędziem do dyscyplinowania Żydów, którzy po 7 października jeszcze mocniej wiedzą, dlaczego Izrael musi istnieć.

Anne Goldschmid